personne

[tłum. „nikt”]

Myślałam, że nienarzekanie to słuszny wybór. Z reguły jestem człowiekiem, który stara się nie tracić czasu na mówienie o problemach. Wolę je przeanalizować w ciszy i rozwiązać. Często chodzę na kompromisy, co głównie wynika z tego, że panicznie unikam konfliktów. Nawet, gdy chcę próbuję wywalczyć swoje to następstwem tego jest pójście komuś na rękę, by nie czuć wyrzutów sumienia. Bo potrafię je poczuć, gdy ktoś rezygnuje z czegoś dla mnie, bądź zmienia coś bez własnego przekonania o słuszności sprawy. Tak więc można powiedzieć, że samoistnie wkładam się w ciało męczennika relacji.

Nie mówiłam, że boli. Nie mówiłam, że jest ciężko. Zawsze jakoś się trzymam i na ogół tak mnie widzą ludzie jako tzw. człowiek twarda dupa. Jednak nie do końca. Ta choroba wycieńczyła moje poczucie siły i śmiałości. Stałam się nieufna, przestraszona i zamknięta. Nikt nie wie, ile mnie to wszystko kosztowało. Jak trudno było mi wrócić do wielkiego miasta przesiąkniętego ludźmi. Jak trudno było pozwolić innym żyć normalnie, choć sama nie mogłam. A czasem chciałabym być egoistką i powiedzieć: nie róbmy tak, ja nie chcę.

Ciężko mi tak teraz samotnie z tą wiedzą. Gdy nikt nie chce wierzyć, że nie jest dobrze. Ani trochę.

JR.

reprendre vie

[tłum. „powrót do życia”]

Moje cierpienia zakończyły się wraz z negatywnym testem na COVID-19. Myliłam się jednak wierząc, że powrót do życia będzie taki piękny i prosty.

Pierwszy dzień wolności (2.07.2020 r.)

Obiecywany sobie dzień na świeżym powietrzu. Spacer, który miał zmęczyć mnie do krzty, a który de facto jedynie mnie zniechęcił. Pomijając fakt, ze niefortunnie dobrałam obuwie do pogody, co skończyło się wieloma nieprzyjemnymi odparzeniami, świat mnie po prostu przeraził. Ogrom ludzi, którzy wyszli nagle na ulicę. Toczące się dalej życie, którego nie widziałam przez te kilka miesięcy w zamknięciu. Żadnej zmiany, wszechobecne roztargnienie, brak rozwagi. Ludzie chyba naprawdę myślą, że pandemia minęła. Wielokrotnie tego dnia słyszałam, że skoro „nie zna się osoby, która by to przeszła” to najwidoczniej tego nie ma. Doprawdy? Czyli każde inne, traumatyczne przeżycie, które nas bezpośrednio nie dotknęło też jest wyimaginowane? Ale cóż, może tak rzeczywiście jest łatwiej żyć.

Drugi dzień wolności (3.07.2020 r.)

Strach przed ludźmi zaleczyłam wyjazdem na działkę. Nie zauważyłam nawet kiedy minął mi cały dzień na świeżym powietrzu. Nie potrzebowałam ani komputera, ani telefonu, ani żadnej innej obciążającej umysł technologii. Natomiast książka, grill, ewentualne (mimowolne) opalanie? Bajka. Tak można żyć.

Trzeci dzień wolności (4.07.2020 r.)

Obcość. Wiecie jak dziwne jest poczucie dystansu, gdy staje się naprzeciw swojego partnera i ma się wrażenie, że jest to ktoś obcy? Jakby historia miała zacząć się od nowa i nie miała swojej przeszłości. To co cztery ściany i spokój robi z człowiekiem jest naprawdę paraliżujące. Mało komfortowe pierwsze minuty ciszy, zagubienia i strachu. Nie przepadam za nowymi sytuacjami, ale dawno mój związek nie był dla mnie „nowy”. A wtedy był. Przez cały dzień.

Czwarty dzień wolności (5.07.2020 r.)

Powrót do wielkiego miasta. Przeprowadzka do nowego mieszkania. Miasto żyjące jak nigdy dotąd. Tyle ludzi, tyle głosów. Paraliżujące. Najlepiej znów między cztery ściany, tak by czuć się bezpiecznie. I ta wolność, której łaknęłam tak długo, teraz staje się jakby niedocenionym marzeniem.

A dzisiaj jest taki dzień, że moja głowa zaczyna powoli wracać na normalne, spokojne tory. Chętna do pracy jak i do wyrwania się z mieszkania. Porządek zrobiony, rzeczy rozpakowane. W końcu przy boku swojego mężczyzny. Gdyby tylko tak się dało wrócić do tego stanu przed tym piekłem.. Ale chyba się nie da. Cisza to nasz sprzymierzeniec, ale nawet on często staje się obłudnym, ukrytym cierpieniem. Słyszę tylko „jedz więcej”, „mów więcej”, „zacznij żyć”, ale już sama nie wiem czy chcę.

JR.

pourquoi moi?

[tłum. „dlaczego ja?”]

Dawno mnie tutaj nie było. Całe 4 miesiące. Nie wiem nawet, czy potrafię wciąż pisać a na pewno nie czuję się w tym już tak pewnie. Chciałabym jednak w końcu wyrzucić z siebie głęboko siedzące przerażenie i zażenowanie.

Wiele ludzi powtarza jak mantrę, że pandemii nie było i nie ma. Niektórzy uważają, że już się skończyła a niektórzy panicznie zabarykadowali się w domach. Ja wiem, że pandemia wciąż jest – noszę ją w sobie od 3 tygodni, walcząc z nią oko w oko. I nie życzę nikomu tak bezpośredniego starcia z COVID-19, bo choć sama nie mogę narzekać to chociaż mogę podejrzewać jak ciężko i boleśnie przechodzili to inni ludzie. Również Ci, którym nie udało się tej potyczki wygrać.

Boli mnie ta ignorancja, wiecie? Że jeśli coś nie dotyczy nas to tego nie ma i jest manipulacją. Co mają powiedzieć wszystkie te rodziny, które straciły rodzica, dziecko. Równie dobrze mogli umrzeć na grypę, prawda?

90% pandemii spędziłam w zamknięciu, w domu. Ze względu na moją obniżoną odporność rodzice wsadzili mnie pod klosz. Nie miało znaczenia to, że jestem dorosła i w teorii umiem o siebie zadbać sama. Wszyscy martwili się tak, że po prostu zamknęli mnie w czterech ścianach. Gdy moja psychika zaczęła powoli się łamać, wzięłam rzeczy i wróciłam do dużego miasta, do faceta. I to był najlepszy czas dla mnie w tym całym zamknięciu, bo potem już było tylko gorzej. Igranie losu sprawiło, że wracając do lekarza do rodzinnego miasta złapało mnie to najgorsze gówno. W szpitalu, w którym pracuje moja mama wybuchło ognisko wirusa i nieszczęśliwie zagościł on w moim domu rodzinnym na już ponad 3 tygodnie. I co? Okazało się, że to czego na co dzień nie doświadczałam stało się częścią mnie. Tak jak mówiłam: nie mogę narzekać. Mogło być o wiele gorzej. Ból stawów, gorączka, trzydniowy ból głowy i nieustający kaszel – tylko tyle, choć przyznaję, że to dość wyniszczające na dłuższą metę. Jednak jeśli chodzi o psychikę.. powroty stanów lękowych, depresja. Odizolowanie sprawiło, że moja głowa zaczęła wariować. Łaknę normalnego życia a nie tylko obserwowania jak ludzie jeżdżą teraz nad morze, w góry i cieszą się życiem. Zazdroszczę. Naprawdę. Choć z drugiej strony nie wiem na ile to jest odpowiedzialne.

Bałam się tego jak cholera. Wszyscy mnie przed tym chronili i ja też starałam się zachowywać jak najrozsądniej a mimo to złapało mnie to i zepchnęło na granicę wytrzymałości.

Chciałam o tym komuś powiedzieć, ale ilekroć próbowałam to.. spotykała mnie ściana. Nikt nie potrafił tego zrozumieć. Wszyscy się martwią, wiem, ale pytają tylko o to jak się czuję. Czy coś mnie boli, a nie czy daję sobie z tym wszystkim psychicznie radę. Podjęłam kilka prób zwierzeń i za każdym razem słyszałam: „mam tak samo jak Ty”, „rozumiem Cię” albo „no przestań to nic takiego”.

Nie ma tak samo jak ja nikt, kto może wychodzić z domu, ale tego nie robi. To nie jest porównywalne, nawet jeśli finalnie każdy z nas siedzi na tyłku w czterech ścianach. Nie można narzekać na coś co tak łatwo jest zmienić. Słyszę: „Mam dość, siedzę tylko w domu, nigdzie nie wychodzę”. To wyjdź, naprawdę. Póki masz taką możliwość, zrób coś dla siebie.. Bo ja choćbym chciała nie mogę wyjść. Szkoda, że dopiero teraz doceniam możliwości, których już nie mam.

No nic. Czekam na kolejne wymazy. Mam nadzieję, że wystarczy mi cierpliwości. Każdy kolejny dzień jest cięższy do pokonania. Gdyby nie obowiązki, prawdopodobnie spałabym cały czas, czekając na wyniki. Tak bardzo chcę zacząć znów żyć.. wrócić do M. i móc się cieszyć sobą.

JR.

cinq mots

[tłum. „pięć słów”]

Każdy w swoim życiu dostaje swego rodzaju szansę. Wielu z nas nigdy jej nie wykorzysta, wielu też wykorzysta ją w zły sposób. Lecz jest też grupa ludzi, która bardzo chciałaby ta szansę dostrzec. Słyszałeś kiedyś o depresji? Ja słyszałam. Każdy z nas w XXI wieku usłyszał te słowa w tym bądź innym wydźwięku. Ja.. ja jestem na nie wybitnie wrażliwa. A wręcz – drażliwa. Życie dało mi solidnie w tyłek, pomimo tego, że mam dopiero dwadzieścia trzy lata. Nie miałam nadziei na to, że może się to kiedyś odmienić. Żadna przyjaźń nie była w stanie mnie z tego wyciągnąć. Rodzina żyła w nieświadomości wiele lat, ale w głębi duszy wiem, że wiedziała. Każdy rodzic zauważa, gdy jego dziecko zamyka się w pokoju każdego dnia i siedzi w samotności od rana do nocy. Każdy. Tylko nie każdy chce zareagować. Moi nie zareagowali, ale.. i tak dałam radę. Przyszedł taki dzień, w którym pękłam dostatecznie mocno, by sama się przestraszyć własnych uczuć. Trauma: jedna, druga, aż po tą trzecią – tą najgorszą. Wszystko to zgniotło mnie tak mocno, że nie byłam w stanie dbać o siebie, o relacje z innymi, o nic. Rozpaczliwie szukałam pomocy w internecie. Psychologa, takiego do którego nie trzeba iść i patrzeć mu w oczy. I znalazłam swojego „sponsora”. Kogoś kto przy mojej ogromnej otwartości i późniejszym wejściu w nowy etap w życiu, powoli pchał mnie na brzeg. Żeby było jasne, wcześniej znajdowałam się na samym środku pierdolonego Oceanu Spokojnego i wcale nie był on spokojny.

Bardzo długo pracowałam nad sobą i swoim charakterem, wyzbywając się najbrudniejszych i najcięższych myśli. Przede mną wciąż wiele przeszkód do pokonania. Wiem jednak, że jestem znacznie bliżej osiągnięcia pełni szczęścia. Teraz wiem, że jest to możliwe.

Pozostała tylko wdzięczność, że mimo wszystko nigdy nie powiedziałam sobie: to koniec.

JR.

Wyjaśniając tytuł. Wpis powstał za pomocą niewinnej gry ze znajomym, która miała na celu przywrócenie mi lekkości pisania. Dostałam od niego pięć słów: depresja, przyjaźń, szansa, życie, nadzieja. Napisałam więc swoją historię, która zawarła to wszystko w sobie. Serce wylało wszystko na papier, prędzej niż zdążyłam zauważyć, że jest „już po”.

douce maison

[tłum. ‚sweet home’]

Święta.

Święta w tym roku były nadzwyczaj spokojne. Obyło się bez większych kłótni. W Wigilię wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Nikt nie robił sobie na złość, natomiast każdy starał się sobie pomagać. Nie pamiętam kiedy było tak spokojnie w domu. Cieszyłam się cholernie, licząc, że może wszyscy poszliśmy po rozum do głowy. Mama zaczęła myśleć o rzuceniu pracy, co definitywnie pomogłoby jej odzyskać równowagę w życiu. A my.. my po prostu nie szukaliśmy problemów.

Nic nie może przecież wiecznie trwać.

Wiedziałam, że z mamą jest źle. Wiedziałam też, że moja starsza siostra poszła w jej ślady. Odziedziczyła ten awanturniczy charakter i słabość do rozpoczynania kłótni. Wiedziałam to wszystko. Po raz pierwszy jednak szczerze porozmawiałam z moim tatą, który najwidoczniej doszedł do kresu swojej cierpliwości. Oboje stwierdziliśmy, że mamie potrzebny jest psycholog a siostrze.. ostrzejsza wymiana zdań. I tu bym zakończyła wątek mojej mamy, bo to temat rzeka i za wiele mogłabym tu złego rzec. Teraz chodzi o mnie.

Ta pieprzona atmosfera nerwów i krzyków udziela mi się za każdym razem, gdy wracam na dłużej do domu. Staję się wtedy niespokojna a moja cierpliwość do innych krucha i nadwrażliwa. Przez ponad dwadzieścia lat walczę z tym, by nie zarazić się tym cholerstwem. Staram się hamować emocje, kontrolować je, ba – czasem nawet wyciszać. I wtedy wystarcza jeden taki powrót do domu, by znów coś spierdolić 🙂 Są rzeczy, na które jestem znieczulona i te, które kąsają mnie niemiłosiernie. Szkoda, naprawdę szkoda, że dziś wyprowadziła mnie z równowagi tak błaha sprawa i popsuła wieczór nie tylko mnie, ale też Jemu. Nie dziwię się zaskoczeniu na Jego twarzy, bo mimo iż miałam rację to dobrze wiem, że nigdy nie przejmowałam się tymi pierdołami. A dziś akurat tak. Dziś, kiedy On też miał dzień.

W takich momentach modlę się, by ta krzta dziedzictwa matczynego po prostu ze mnie wyparowała. Mama nauczyła mnie żyć w takim domu, którego nigdy sama nie chciałabym stworzyć. Nienawidzę krzyków. Nienawidzę kłótni. I nienawidzę tego, że ona napędza tą lawinę wkurwienia i przerzuca ją na innych. Ale to moja wina, nie jej. Moja, bo nadal tego z siebie nie wypleniłam.

JR.

l’ambition

[tłum. ambicja]

Wydawało mi się zawsze, że należę do osób ambitnych. Lubiłam się uczyć, zdobywać wiedzę i przeważnie osiągałam w tym sukcesy. Z czasem zauważyłam, że moja ambicja kończy się tam, gdzie zaczyna się bezterminowa praca. Jeżeli nie goni mnie znany nam wszystkim ‚deadline’ to nie mam motywacji przysiąść i porządnie popracować. Jeszcze na początku studiów pamiętam niekończącą się chęć nauki. Teraz po uzyskaniu wyższego wykształcenia dzień w dzień czuję się zmęczona. Często też nie mam jaj, by sięgnąć po coś czego pragnę. Tak o, nieśmiała i zblokowana, pseudoambitna ja.

Dzisiaj doszłam do wniosku, że mam dość oglądania pleców innych ludzi. Zapewne niewiele to zmieni, oprócz tego, że czuję chwilowe podburzenie. Gdzieś tam głęboko wierzę, że gdybym chciała to mogła bym wiele osiągnąć, bo nie należę do głupich ludzi i potrafię wykorzystywać nabyte umiejętności. Jednocześnie cholernie wątpię w wiedzę, którą posiadam a także w samą siebie. Ciężko jest przez to zaryzykować i rzucić się na głęboką wodę.. a to już mały problem. Boję się nowych, nieznanych sytuacji przez co rzadko wprowadzam zmiany w swoim życiu. Brak mi odwagi i jeśli tego nie zmienię to zapewne już zawsze będę oglądać cudze plecy. A to tak strasznie człowieka frustruje. Chciałabym się wziąć za siebie i przestać marnować czas, ale to nie tak łatwe jak piszą w poradnikach.

JR.

la honte

[tłum. wstyd]

Przepraszam Kochanie za to, że nie potrafię dać Ci normalności. Za to, że musisz przez to przechodzić. Prosiłam Cię, byś przemyślał czy chcesz związać się na trwałe z kimś takim. Nie dlatego, że Cię nie chcę, ale dlatego, że chcę Ci tego wszystkiego oszczędzić. Nie umiem się pozbierać. Autentycznie, nie daję sobie z tym rady. Czuję wstyd, bo widziałeś mnie w najbardziej surrealnym i odklejonym momencie. Już płacz nie jest najgorszym co możesz zastać. Teraz będziesz bał się innych rzeczy. Starałam się, by takie sytuacje nigdy nie miały miejsca, ale wczoraj.. wczoraj po prostu nie byłam sobą.

Nie czułam nic oprócz nagłego strachu, lęku i ciężkiego ucisku na klatce. Nie było mnie, jakbym nie istniała. Nie pamiętam co się ze mną działo, pamiętam tylko jak położyłam się plecami na zimnej ziemi i zaczęłam oddychać. To był ciężki oddech, bo zaczęło do mnie docierać co się stało. Nie umiałam tego napadu powstrzymać. Przygniotło mnie to. Teraz jest mi wstyd i czuję zażenowanie. Tak bardzo chciałam byś nigdy tego nie doświadczył. Nie wiem, czy umiem to naprawić, przepraszam.

JR.

limite de force

[tłum. limit siły]

Trzymałam to w sobie tak długo, że emocje zaczęły pojawiać się na kazdym kroku. Praca i rozdmuchiwanie błahych problemów do skali olbrzyma nie pomogło. Ba, wręcz pogorszyło mój stan. Nieustanne zmęczenie i duszenie w sobie poczucia.. beznadziejności dało mi totalnie w tyłek. Na tyle, że wczoraj pękłam. Tak jak pękają te największe bańki mydlane..

JR.

Histeryczny płacz może jest fajnym oczyszczeniem, ale wywołuje nieziemską migrenę i opuchliznę.

la fatigue

[tłum. zmęczenie]

Ostatnimi czasami bardzo dużo się działo. Wiele przemyśleń i refleksji kłębiło mi się w głowie. Emocje szukały ujścia a ja szukałam czasu, by wylać je z siebie właśnie tutaj. Wielokrotnie układałam w głowie gotowy tekst do przelania na stronę, ale gdy wracałam wieczorami do domu, marzyłam jedynie o ciepłej herbacie i kocu. Ciężko było zebrać myśli i przeżycia, mimo że chciałam bardzo się nimi podzielić.

Czuję się zmęczona, mimo że najgorsze przede mną. Pracy będzie przybywać a czasu ubywać. Na samą myśl jest mi gorzko. Dużo rzeczy siedzi mi w głowie i ją zaprząta. Projekty, kursy, mieszkanie, problemy rodzinne, powrót na studia, poczucie upokorzenia, kłębiący się żal.. I na każdy temat mogłabym wygłosić mowę, lecz nie mam siły. Nie mam siły w sobie to jeszcze bardziej rozdrapywać. Uciekłam do pracy po to, by nie mieć czasu na myślenie.

JR.

que puis-je dire?

[tłum. co mogę powiedzieć?]

L’oiseau a son nid, l’araignée sa toile, et l’homme l’amitié.

William Blake

Co mogę powiedzieć przyjacielowi, który zaczyna swój dzień smsem „Nie chce żyć, bo jestem bezużyteczny. Jaki ze mnie pożytek? Żaden. Nie radzę sobie już, nie wyjdę z tego mając to wszystko dookoła”.

Myślałam, że własne doświadczenia ułatwią mi porozumienie się z nim. Liczyłam, że zauważy, że go rozumiem, że domyślam się co przeżywa. Łudziłam się, że fakt, że ja też z tym walczyłam będzie miał znaczenie. Ale nie ma. Bo to on jest bohaterem tej historii, nie ja. Co z tego, że ja sobie z tym poradziłam skoro on nadal w tym tkwi? Chłopak odpuszcza. Nie chcę się na innych otwierać. Czuje się oszukany, odepchnięty, wyśmiany. Nikt cholera nie daje mu zrozumienia. Kumple mówią: „piwo Cię wyleczy”, mama mówi: „znajdź sobie pracę to przestaniesz przejmować się pierdołami”. Czy coś musi się stać, by drugi człowiek wziął Ciebie i Twoje problemy na poważnie? Jestem wściekła na to, że społeczność nie daje mu oparcia i boję się, że ja sama tego wszystkiego nie utrzymam.

Mam nadzieję, że będę w stanie mu pomóc. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać, nikt nie chciał mi tłumaczyć, dlaczego warto starać się i dalej walczyć. Chciałabym mu dać wszystko to czego będzie potrzebował, by złapać stabilność. Jednocześnie będę bardzo potrzebować M., by sama nie wrócić do tego co było.

JR.